Dyzio kocha analizę.
Zawsze znajdzie sobie coś do rozważań z porównaniem w tle.
Ponieważ nasłuchał się o tym, jak to warto tankować lepsze paliwo(na stacjach są zwykle dwa rodzaje tych samych paliw), postanowił to sprawdzić.
Trzeba przyznać, że Dyzio ma węża w kieszeni i zwykle kupuje na stacjach przy sieciach handlowych, a podstawowym kryterium jest: zatankować najwięcej za najmniej.
Jeździ tym samym autem od 8 lat, więc zna jego zachowania, nie zauważył również specjalnie aby wizyty u mechanika były częstsze, niż u znajomych posiadających taki sam model.
Założenia są takie:
Skoro tankowane paliwo nie działa na auto degradująco, to zobaczmy ile można przejechać za tę sama kasę.
Niecierpliwość jest jedną z cech Dyzia.
Warunki jazdy musiały być porównywalne
Tankujemy więc za 100 zł
Dyzio szaleje (wszak każdy uwielbia wydawać kasę na towary uchodzące za lepsze).
Zapłacił w Shellu 5,46zł/l
Przejechał troszkę ponad 200km
Kolej na zwykłą stację - cena poniżej 5zł/l
Przejechał 280km
Oczywiście na lepszym paliwie silnik lepiej pracuje, szybciej przyspiesza.
Mogło przecież się zdarzyć, że Dyzia samochód był tak przyzwyczajony do pospolitości, że jak dostał coś lepszego, to się pogubił.
Wszystko możliwe:)
Następnego dnia
Dyzio stwierdził, że wynik jest zły (zbyt duża różnica)
Teraz Dyzio rozmyśla,analizuje, co może być tego przyczyną
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dyzio. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dyzio. Pokaż wszystkie posty
sobota, 8 października 2011
wtorek, 28 czerwca 2011
Dyzia przygody na dachu
Dyzio nie lubi być zbędny, bezużyteczny.
Aby poprawić sobie morale, ponieważ ma czas, postanowił coś zrobić dla swojego domu.
Właśnie mija sześc lat od malowania metalowych i drewnianych elementów , więc z wielkim zapałem postanowił się tym zająć.
Kraty, elementy ogrodzenia, tralki na rośliny, tralki balkonowe - z entuzjazmem powoli przywracana jest im dawna świetność.
Zadowolony z siebie Dyzio postanowił pomalować również dach nad wiatą.
Wdrapał się , lęk wysokości mu nie straszny. Co tam taki spadek. Czyści, maluje aż skry lecą.
Zabrakło farby. Trzeba zejść.
Z fantazją.
Wszak czuje się jak na ziemi.
Staje na drabinę.
Drabina powoli zaczyna jechać wzdłuż dachu - wiadomo, zaraz nie będzie miała się o co oprzeć.
Dyzio z duszą na ramieniu , tracąc twarde pod nogami, łapie się rynny.
STRACH ma takie olbrzymie, przerażające oczy.
Rynna mocna jest.
Dyzia jednak nie zdzierżyła.
Runął na ziemię.
Leży.
Myśli sobie - umarłem, nie wstanę.
Myśli dalej - nikogo nie ma, nikt nie widział, znikąd ratunku.
Trza spróbować się dźwignąć.
Powolutku, pomalutku, okazało się, że obrażenia nie takie straszne.
Dyzio pokuśtykał, połaził chwilę i spowrotem wdrapał się na dach.
Roboty nie wolno lekkomyślnie porzucać.
Aby poprawić sobie morale, ponieważ ma czas, postanowił coś zrobić dla swojego domu.
Właśnie mija sześc lat od malowania metalowych i drewnianych elementów , więc z wielkim zapałem postanowił się tym zająć.
Kraty, elementy ogrodzenia, tralki na rośliny, tralki balkonowe - z entuzjazmem powoli przywracana jest im dawna świetność.
Zadowolony z siebie Dyzio postanowił pomalować również dach nad wiatą.
Wdrapał się , lęk wysokości mu nie straszny. Co tam taki spadek. Czyści, maluje aż skry lecą.
Zabrakło farby. Trzeba zejść.
Z fantazją.
Wszak czuje się jak na ziemi.
Staje na drabinę.
Drabina powoli zaczyna jechać wzdłuż dachu - wiadomo, zaraz nie będzie miała się o co oprzeć.
Dyzio z duszą na ramieniu , tracąc twarde pod nogami, łapie się rynny.
STRACH ma takie olbrzymie, przerażające oczy.
Rynna mocna jest.
Dyzia jednak nie zdzierżyła.
Runął na ziemię.
Leży.
Myśli sobie - umarłem, nie wstanę.
Myśli dalej - nikogo nie ma, nikt nie widział, znikąd ratunku.
Trza spróbować się dźwignąć.
Powolutku, pomalutku, okazało się, że obrażenia nie takie straszne.
Dyzio pokuśtykał, połaził chwilę i spowrotem wdrapał się na dach.
Roboty nie wolno lekkomyślnie porzucać.
piątek, 8 kwietnia 2011
Wizyta Dyzia u lekarza
Choć Dyziowi wciąż i nieustająco zdaje się, że dopiero co skończył18tkę, jest wciąż nieustająco młody, piękny i zdrowy jak co najmniej sześć rudych rydzów, postanowił sobie zrobić przegląd zdrowotny.
W naszym ZOZie pojawił się nowy lekarz.
Dyzio pomyślał, że da mu szansę, zaszedł do Ośrodka i nagle znalazł się w nowej dla siebie rzeczywistości.
Był wewnątrz rozentuzjazmowanego tłumu. Wszyscy tłumnie walili do Nowego, pozostawiając resztę Rodzinnych - osieroconymi.
Dyzio nie lubi tłumów, poszedł do pierwszego wolnego.
Ten stwierdził: tu dobrze, tu dobrze , a tam trzeba uważać i za miesiąc się pokazać.
Czas szybko płynie. W międzyczasie od znajomych Dyzio nasłuchał się peanów na cześć Nowego.
Tym razem postanowił Go sprawdzić. Może bardziej z ciekawości niż potrzeby.
I znowu Dyzio znalazł się wewnątrz rozentuzjazmowanego tłumu. Tym razem uzbroił się w cierpliwość i zaopatrzył w czasopismo umilające okres oczekiwania.
W końcu wszedł. Lekarz wstał, miło, z zainteresowaniem zapytał co też Dyzia sprowadza?
Wyraźnie widać było zainteresowanie. Sięgnął po kartę i zagłębił się w lekturę, przejrzał wyniki, zapytał co Dyzio dostał?
Nic?
No, zostawili Dyzia bez pomocy?
Dyzio niemalże skamieniał ze zdumienia. Empatia, niekłamane zainteresowanie, chęć pomocy jaką chciano mu udzielić wywołały szok.
Jakby Dyzio wyobraził sobie lekarza marzeń, to właśnie byłby taki.
Po wizycie Dyzio stwierdził, że pan doktor jest niebezpiecznie uzależniający.
Zrozumiała stała się również obecność rozentuzjazmowanego tłumu.
W naszym ZOZie pojawił się nowy lekarz.
Dyzio pomyślał, że da mu szansę, zaszedł do Ośrodka i nagle znalazł się w nowej dla siebie rzeczywistości.
Był wewnątrz rozentuzjazmowanego tłumu. Wszyscy tłumnie walili do Nowego, pozostawiając resztę Rodzinnych - osieroconymi.
Dyzio nie lubi tłumów, poszedł do pierwszego wolnego.
Ten stwierdził: tu dobrze, tu dobrze , a tam trzeba uważać i za miesiąc się pokazać.
Czas szybko płynie. W międzyczasie od znajomych Dyzio nasłuchał się peanów na cześć Nowego.
Tym razem postanowił Go sprawdzić. Może bardziej z ciekawości niż potrzeby.
I znowu Dyzio znalazł się wewnątrz rozentuzjazmowanego tłumu. Tym razem uzbroił się w cierpliwość i zaopatrzył w czasopismo umilające okres oczekiwania.
W końcu wszedł. Lekarz wstał, miło, z zainteresowaniem zapytał co też Dyzia sprowadza?
Wyraźnie widać było zainteresowanie. Sięgnął po kartę i zagłębił się w lekturę, przejrzał wyniki, zapytał co Dyzio dostał?
Nic?
No, zostawili Dyzia bez pomocy?
Dyzio niemalże skamieniał ze zdumienia. Empatia, niekłamane zainteresowanie, chęć pomocy jaką chciano mu udzielić wywołały szok.
Jakby Dyzio wyobraził sobie lekarza marzeń, to właśnie byłby taki.
Po wizycie Dyzio stwierdził, że pan doktor jest niebezpiecznie uzależniający.
Zrozumiała stała się również obecność rozentuzjazmowanego tłumu.
środa, 26 stycznia 2011
Miarą dobrą, natłoczoną,
Dyzio nie ma tajemnic. Wszyscy wiedzą , że ulubionym jego zajęciem jest oddawanie się marzeniom.
Lubi też Dyzio wylegiwać się(zwłaszcza pod lipką).
Dyzio generalnie jest uczynny , a poza tym lubi przejażdżki swoim sfatygowanym super, hiper autkiem.
Poproszono Dyzia o pomoc przy zakupie jabłek. Miało ich być dużo, pięknych i wszystkich smaków.
Dyzio ma swoje specjalne miejsce na rynku gdzie kupuje jabłka.
Jest ich tam przynajmniej z 15 odmian, są równe, dorodne, wybarwione, muśnięte słońcem.
O smaku kwaśnym, słodkim, gruszkowym, twarde, miękkie itd.
Same wchodzą do rąk i zachęcają wyglądem i zapachem do spróbowania.
Zadowolony z siebie Dyzio, że ma pretekst wywlec autko na drogę wyruszył z samego rana na zakupy.
Jabłek miało być ponad 10kg, więc dzielnie autko wbrew przepisom zatrzymał niedaleko straganów(coby najmniej się nadźwigać).
Po wybraniu do pięciu toreb jabłek wszelkich smaków Dyzio zadowolony z siebie, choć ugina się pod ciężarem, wraca radośnie do samochodu.
Stoi przy nim mundurowy.
Dyziowi to niestraszne- nie raz takiego widział.
Policjant grzecznie prosi o dokumenty - nic nie wie, że Dyzio postanowił właśnie dziś nie obarczać się pilnowaniem dokumentów i zostawił je w domu.
Dyzio robi się bardzo malutki . Mówi jak się nazywa, pokazuje kwit z listu poleconego wysyłanego poprzedniego dnia.
Dzielnicowy zaczyna coś wymieniać jakieś kwoty 650zł
Dyzio oczyma wyobraźni żegna się już z biletem lotniczym do XXX, widzi swoją kasę znikającą w bezdennym worze skarbu państwa, milczy.
Nagle jak przez mgłę słyszy i uszom nie wierzy: Czy to Dyzio ocalił nieszczęsnego bezdomnego przed zamarznięciem?
Kiwa głową na tak.
Policjant popatrzył, uśmiechnął się i oświadczył, że skończymy dziś na upomnieniu.
środa, 12 stycznia 2011
Pikutek
Muszę się chyba zapisać do klubu Poszkodowanych przez Pikutka.
Całe życie operuję nożem i wydawało się, że już się nauczyłam.
Prawda jest jednak okrutna, zweryfikowana przez urżniecie następnego palca.
Sprawa wydaje się beznadziejna.
Pikutek szaleje w kuchni.
Tnie nawet zamarznięty chleb(ach ten Dyzio Niedowiarek).
Całe życie operuję nożem i wydawało się, że już się nauczyłam.
Prawda jest jednak okrutna, zweryfikowana przez urżniecie następnego palca.
Sprawa wydaje się beznadziejna.
Pikutek szaleje w kuchni.
Tnie nawet zamarznięty chleb(ach ten Dyzio Niedowiarek).
sobota, 25 grudnia 2010
Święta, święta
Dyzio sam nie wie czy lubi święta, czy też niekoniecznie.
W Wigilię Dyzio dostał świeżo zakupioną, związaną sznurkiem, choinkę do ubrania.
Grube drzewko.
Dorodne u postawy.
A jak kończyła się podstawa, to i choinka się kończyła.
Z jednej strony brak gałązek(pewnie rosła koło jakiegoś drzewnego Bossa i z tej strony w ogóle nie urosły gałązki), na dodatek jak się ją postawiło prosto, to była zupełnie krzywa.
Drzewko w konkursie na najpiękniejszą pewnie dostałoby mało zaszczytną pozycję ostatnią.
Dyzio sam do najdoskonalszych nie należy więc znając te bóle, postanowił zaopiekować się drzewkiem na tyle, na ile mógł.
Przyniósł wysoką, dużą donicę. Korzystając z nagromadzonych na, słynny już strumień kamieni, ustawił świerczek tak krzywo, aby wydawał się prosty.
Strona bez gałązek została umieszczona przy firankach, czubek podwyższony, choinka ustrojona.
Stoi teraz, taka wypasiona, gruba, dorodna - symbol dostojeństwa , dostatku i dobrobytu.
Dyzio jest bardzo zadowolony ze swojej Bożonarodzeniowej Choinki.
Pod taką choinką zdarzyło się Dyziowi wypatrzeć super wypasione prezenty dla siebie.
Jednym z nich był nożyk kuchenny zwany Pikutkiem .
"Nieładne to to, niezgrabne, w ogóle brzydkie jak siódme nieszczęście i wstyd się z czymś takim afiszować."
Gdyby nie to, że prezent dla Dyzia przygotowała osoba zupełnie wyjątkowa, to pewnie nożyk wylądowałby w szufladzie kuchennej na długi czas.
Dyzio został poinstruowany, że nożyk ten wyprodukowała słynna firma, co to słynie głównie z produkcji scyzoryków.
Dyzio ma różne noże, ładniejsze, brzydsze, ulubione, posegregowane do określonego zakresu czynności.
Zmierzył wiec brzydki nożyk krytycznym okiem.
Ciekawość jest jednak cechą charakterystyczną Dyzia więc postanowił zmierzyć się z nożykiem w kuchni.
Wziął w ręce pięknego, czerwonego, dorodnego, pachnącego latem pomidora.
Przystąpił do krojenia.
Razem z pomidorem Dyzio ukroił sobie pół paznokcia razem z wierzchnią częścią palca, do krwi.
Skąd mógł wiedzieć, że "niepozorny malec to istna bestia i jedno z najbardziej uniwersalnych narzędzi z jakimi ma się do czynienia w kuchni. Rżnie wszystko wokół jak opętany. Przy pracy ma się wrażenie jakby to była mała piła łańcuchowa a nie stała klinga".
Dyzio jest teraz pokarany za niedowiarstwo. Ma zerżnięte pół paznokcia i jest jednocześnie nieszczęśliwy i zdumiony możliwościami czegoś tak brzydkiego i niewyględnego jak Pikutek.
Dyzio już się cieszy, że cały przyszły rok będzie jednym wielkim zaskoczeniem na plus.
W Wigilię Dyzio dostał świeżo zakupioną, związaną sznurkiem, choinkę do ubrania.
Grube drzewko.
Dorodne u postawy.
A jak kończyła się podstawa, to i choinka się kończyła.
Z jednej strony brak gałązek(pewnie rosła koło jakiegoś drzewnego Bossa i z tej strony w ogóle nie urosły gałązki), na dodatek jak się ją postawiło prosto, to była zupełnie krzywa.
Drzewko w konkursie na najpiękniejszą pewnie dostałoby mało zaszczytną pozycję ostatnią.
Dyzio sam do najdoskonalszych nie należy więc znając te bóle, postanowił zaopiekować się drzewkiem na tyle, na ile mógł.
Przyniósł wysoką, dużą donicę. Korzystając z nagromadzonych na, słynny już strumień kamieni, ustawił świerczek tak krzywo, aby wydawał się prosty.
Strona bez gałązek została umieszczona przy firankach, czubek podwyższony, choinka ustrojona.
Stoi teraz, taka wypasiona, gruba, dorodna - symbol dostojeństwa , dostatku i dobrobytu.
Dyzio jest bardzo zadowolony ze swojej Bożonarodzeniowej Choinki.
Pod taką choinką zdarzyło się Dyziowi wypatrzeć super wypasione prezenty dla siebie.
Jednym z nich był nożyk kuchenny zwany Pikutkiem .
"Nieładne to to, niezgrabne, w ogóle brzydkie jak siódme nieszczęście i wstyd się z czymś takim afiszować."
Gdyby nie to, że prezent dla Dyzia przygotowała osoba zupełnie wyjątkowa, to pewnie nożyk wylądowałby w szufladzie kuchennej na długi czas.
Dyzio został poinstruowany, że nożyk ten wyprodukowała słynna firma, co to słynie głównie z produkcji scyzoryków.
Dyzio ma różne noże, ładniejsze, brzydsze, ulubione, posegregowane do określonego zakresu czynności.
Zmierzył wiec brzydki nożyk krytycznym okiem.
Ciekawość jest jednak cechą charakterystyczną Dyzia więc postanowił zmierzyć się z nożykiem w kuchni.
Wziął w ręce pięknego, czerwonego, dorodnego, pachnącego latem pomidora.
Przystąpił do krojenia.
Razem z pomidorem Dyzio ukroił sobie pół paznokcia razem z wierzchnią częścią palca, do krwi.
Skąd mógł wiedzieć, że "niepozorny malec to istna bestia i jedno z najbardziej uniwersalnych narzędzi z jakimi ma się do czynienia w kuchni. Rżnie wszystko wokół jak opętany. Przy pracy ma się wrażenie jakby to była mała piła łańcuchowa a nie stała klinga".
Dyzio jest teraz pokarany za niedowiarstwo. Ma zerżnięte pół paznokcia i jest jednocześnie nieszczęśliwy i zdumiony możliwościami czegoś tak brzydkiego i niewyględnego jak Pikutek.
Dyzio już się cieszy, że cały przyszły rok będzie jednym wielkim zaskoczeniem na plus.
piątek, 3 grudnia 2010
Dyzia przygody z pojazdem
Dyzio w rożnych sytuacjach związanych z samochodem uczestniczył.
W zasadzie wydawało się mu, że niewiele może go zaskoczyć.
Taki na przykład zamek.
Potrafi zamarznąć. Zwykle zamarza tak, że nie można otworzyć .
Dyzio sobie swego czasu myślał, że to jedna z gorszych rzeczy jaka może go spotkać.
Tak stać na mrozie jak nieszczęśnik i nie móc ruszyć z miejsca.
Ostatnio jednak Dyzio zweryfikował poglądy.
W ostatnich dniach Dyzio korzystał ze swojego ulubionego autka.
Zadymka, śnieg prosto w oczy. Samochody jeden za drugim(50), z przeciwka duży ruch.
Po włączeniu się do ruchu okazało się, że lampka na górze się świeci.
Co się dzieje?
Prawdopodobnie drzwi niedomknięte.
Dyzio uchyla drzwi i kłapie nimi.
One nic.
Jak były niedomknięte, tak są.
Dyzio trzyma więc drzwi lewą ręką, wycieraczki pozamarzały, niewiele widać, ale prosto jechać się da.
Jedziemy.
Na światłach Dyzio postanowił przymusić drzwi do zamknięcia. Wysiadł.
Ponieważ ciekawość jest wybitną cecha u Dyzia , postanowił sprawdzić, czy drugie drzwi działają?
Otworzył.
Niestety już nie zamknął.
Wypsikał jakieś resztki odmrażacza, zakładając, że na pewno sobie poradzi.
Ruszył w drogę
Skręca w prawo - otwierają się lewe drzwi, skręca w lewo - odwrotnie.
Furorę w emocjach robi jednak hamowanie - otwierają się oba drzwi.
Jedzie więc sobie Dyzio 20/h dzieląc uwagę między drogę, oraz obserwując w jakim stanie są drzwi(otwarte, czy nie), aby przeciwdziałać nieszczęściom.
Wygimnastykowany emocjonalnie i fizycznie Dyzio ujrzał wreszcie sklep motoryzacyjny.
W zasadzie wydawało się mu, że niewiele może go zaskoczyć.
Taki na przykład zamek.
Potrafi zamarznąć. Zwykle zamarza tak, że nie można otworzyć .
Dyzio sobie swego czasu myślał, że to jedna z gorszych rzeczy jaka może go spotkać.
Tak stać na mrozie jak nieszczęśnik i nie móc ruszyć z miejsca.
Ostatnio jednak Dyzio zweryfikował poglądy.
W ostatnich dniach Dyzio korzystał ze swojego ulubionego autka.
Zadymka, śnieg prosto w oczy. Samochody jeden za drugim(50), z przeciwka duży ruch.
Po włączeniu się do ruchu okazało się, że lampka na górze się świeci.
Co się dzieje?
Prawdopodobnie drzwi niedomknięte.
Dyzio uchyla drzwi i kłapie nimi.
One nic.
Jak były niedomknięte, tak są.
Dyzio trzyma więc drzwi lewą ręką, wycieraczki pozamarzały, niewiele widać, ale prosto jechać się da.
Jedziemy.
Na światłach Dyzio postanowił przymusić drzwi do zamknięcia. Wysiadł.
Ponieważ ciekawość jest wybitną cecha u Dyzia , postanowił sprawdzić, czy drugie drzwi działają?
Otworzył.
Niestety już nie zamknął.
Wypsikał jakieś resztki odmrażacza, zakładając, że na pewno sobie poradzi.
Ruszył w drogę
Skręca w prawo - otwierają się lewe drzwi, skręca w lewo - odwrotnie.
Furorę w emocjach robi jednak hamowanie - otwierają się oba drzwi.
Jedzie więc sobie Dyzio 20/h dzieląc uwagę między drogę, oraz obserwując w jakim stanie są drzwi(otwarte, czy nie), aby przeciwdziałać nieszczęściom.
Wygimnastykowany emocjonalnie i fizycznie Dyzio ujrzał wreszcie sklep motoryzacyjny.
poniedziałek, 29 listopada 2010
Dyzio marzyciel i zima na kołach
Jeździ się dziś nieszczególnie.
Musiałam przypomnieć sobie zasady poruszania się zimą.
Chciałam zawrócić na mieście. Za najbezpieczniejszą opcję uznałam zjazd w poboczną, tam powrót i na główną.
Samochód jest duży, koła kręcą się w miejscu.
Zapomniałam, że tu jest minimalnie pod górkę.
Trzeba zgrać czas manewru(luka na drodze) i możliwości auta. Dodasz gazu, to gdy koła załapią- wystrzelisz na główną, albo zakręcisz się w miejscu - gdy przyczepność będzie miało jedno koło.
Ponieważ był spory ruch, to rozkołysawszy auto wpasowałam się między samochody, które dopiero co się minęły.
To nie koniec.
Załatwiwszy wszystko co było do załatwienia, chcąc uniknąć ryzykownego zawracania, postanowiłam skorzystać ze skrótu. Nieraz ten skrót pokonywałam - droga w koleinach, ale przecież jest mróz - założyłam, że zamarzło.
Co Dyzio postanowił, to wprowadził w czyn. Zapowiadało się nieźle - droga równo biała.
Wjechałam
Zorientowałam się, że samochód się zapada w błoto. Dużo, o wiele za dużo. Oczyma wyobraźni zobaczyłam jak na mnie patrzą gdy ciężki sprzęt budowlany wyciąga mnie z tego błota.
Mobilizacja.
Zwiększyłam gaz, wyprostowałam koła i wszystkimi siłami duchowymi wspomagałam dzielny pojazd.
Jadę.
Jadę mimo wszystko.
Czuję jak trę podwoziem po ziemi.
Zwiększyłam gaz i koniec. Koła kręciły się w miejscu. Samochód niemalże na wjeździe na utwardzoną powierzchnię, utknął.
Dyzio Marzyciel podłożył pod koła na które jest napęd, kartony(szczęśliwie coś było na pace) i ruszył żebrać o wsparcie.
Dwóch silnych mężczyzn, którzy się pojawili ochoczo przystąpiło do pchania autka.
Oczywiście najpierw musieli się zapytać, po co się na ten skrót pchałam. Spojrzeli z powątpiewaniem, czy sobie poradzę?
Po wymianie zdań odpaliłam auto i fru - szczęśliwa znalazłam się na utwardzonej nawierzchni.
Co z tego, że pod prąd?
Pomachałam wybawcom i pomknęłam drogą( przecież dopiero co cudem ocalona, nie będę zawracać na wąziutkiej drodze).
Musiałam przypomnieć sobie zasady poruszania się zimą.
Chciałam zawrócić na mieście. Za najbezpieczniejszą opcję uznałam zjazd w poboczną, tam powrót i na główną.
Samochód jest duży, koła kręcą się w miejscu.
Zapomniałam, że tu jest minimalnie pod górkę.
Trzeba zgrać czas manewru(luka na drodze) i możliwości auta. Dodasz gazu, to gdy koła załapią- wystrzelisz na główną, albo zakręcisz się w miejscu - gdy przyczepność będzie miało jedno koło.
Ponieważ był spory ruch, to rozkołysawszy auto wpasowałam się między samochody, które dopiero co się minęły.
To nie koniec.
Załatwiwszy wszystko co było do załatwienia, chcąc uniknąć ryzykownego zawracania, postanowiłam skorzystać ze skrótu. Nieraz ten skrót pokonywałam - droga w koleinach, ale przecież jest mróz - założyłam, że zamarzło.
Co Dyzio postanowił, to wprowadził w czyn. Zapowiadało się nieźle - droga równo biała.
Wjechałam
Zorientowałam się, że samochód się zapada w błoto. Dużo, o wiele za dużo. Oczyma wyobraźni zobaczyłam jak na mnie patrzą gdy ciężki sprzęt budowlany wyciąga mnie z tego błota.
Mobilizacja.
Zwiększyłam gaz, wyprostowałam koła i wszystkimi siłami duchowymi wspomagałam dzielny pojazd.
Jadę.
Jadę mimo wszystko.
Czuję jak trę podwoziem po ziemi.
Zwiększyłam gaz i koniec. Koła kręciły się w miejscu. Samochód niemalże na wjeździe na utwardzoną powierzchnię, utknął.
Dyzio Marzyciel podłożył pod koła na które jest napęd, kartony(szczęśliwie coś było na pace) i ruszył żebrać o wsparcie.
Dwóch silnych mężczyzn, którzy się pojawili ochoczo przystąpiło do pchania autka.
Oczywiście najpierw musieli się zapytać, po co się na ten skrót pchałam. Spojrzeli z powątpiewaniem, czy sobie poradzę?
Po wymianie zdań odpaliłam auto i fru - szczęśliwa znalazłam się na utwardzonej nawierzchni.
Co z tego, że pod prąd?
Pomachałam wybawcom i pomknęłam drogą( przecież dopiero co cudem ocalona, nie będę zawracać na wąziutkiej drodze).
Subskrybuj:
Posty (Atom)
