Kilka pędów i w całości pokryte kwieciem.
Nie oparłam się.
Kupiłam, ostrożnie zawiozłam do swojego domu. Niestety wkrótce zrzuciła wszystkie pąki.
Bardzo było to przykre: nastawiłam się na długotrwałą ucztę dla oczu, a tu klops. Samotne badyle wyrastające z kilku liści.
Miałam wyrzucić. Zostawiłam jednak, pielęgnowałam.
Jesienią pojawiły się nowe pędy, całe w pąkach.
Zaczęły się rozwijać. Moja radość była wielka. Zachodziłam co ranek, wypatrywałam postępy w rozwoju.
Nagle coś się wydarzyło.
Nie wiem co
Poza trzema rozwiniętymi kwiatami reszta uschła(więcej niż 16).
Znowu mam w większości samotne badyle wyrastające z kilku liści.
Choć kwiaty są duże, piękne niewinno-olśniewająco-śnieżno-białe, to przestały przynosić radość.
Zamiast koić, radować pięknem, ich widok przynosi zawód i złość.
Co tam
Nawet destrukcyjne pomysły przychodzą do głowy - wyrzucić i nie denerwować się.
Lubię snuć rozważania.
Przecież roslina dalej ma potencjał, może za następne pół roku wreszcie olśni mnie swoją urodą?
Tyle, że dawanie szansy kwiatkowi przestaje mnie bawić. Zamiast zadowolić się: samotnymi badylami wyrastającymi z kilku liści, zaakceptować je jako stan stały, zachciało mi się kwiatków?
To dopiero zachciewajki
Pomyślałam sobie jednak, że dam mu następna szansę.
Tym razem jednak bez dogadzania: a to strony świata, a to odpowiednia ilość wody, spryskiwanie mgiełka wodną.
Dość
Szkoła przetrwania.
Albo będzie piękna, albo koniec